sobota, 28 listopada 2009
Rumunia: Dan Lungu, Jestem komunistyczną babą!
 


Według mnie powieść znakomita! Świetnie uchwycony temat i wspaniały język to atuty tej książki. W sposób barwny, zabawny i przyjemny autor opowiada o czasach komunizmu w Rumuni i reżimie dyktatora Nikolae Ceausescu. Nie ma tu mowy o morderstwach, strachu, przelewaniu krwi. Autor opisuje świat komunistycznej codzienności z punktu widzenia zwykłego szarego człowieka borykającego się z trudami codziennego dnia. Bohaterką jest tu bowiem kobieta, która kocha komunizm, tęskni za nim i nie może pogodzić się ze zmianami, jakie nastąpiły po obaleniu Nikolae Ceausescu. Nie potrafi też zaakceptować nowego obrazu demokratycznej Rumunii. Emilia Apostole żyjąc już w wolnej Rumunii wraca do czasów swojego dzieciństwa na wsi i ucieczki do miasta, gdzie rozpoczęła naukę i poznała męża. Mimo marzeń nie podjęła studiów, bowiem na świat przyszła córka Alice, która jako młoda osoba wyjechała do Kanady i tam wyszła za mąż za Kanadyjczyka. Emilia opowiada z nostalgią o komunistycznej codzienności w pracy, gdzie praktycznie nic nie robiono a maszyny chodziły i zawsze był alkohol. Wraca do prowadzenia handlu „na lewo”, do kolejek przed sklepami. Podkreśla, że to, że jest teraz miastową panią zawdzięcza swojej ciotce Lukrecji i wujowi Andreiowi, u których mieszkała parę lat. Z obrzydliwością opowiada o życiu na wsi, robieniu kiziaku i zacofaniu.

Warto jednak zaznaczyć, że w książce odnaleźć możemy również ten straszniejszy obraz komunistycznej Rumunii. Pan Mitu często raczy współpracowników opowieściami o Securitate. Cały dział, w którym pracowała Emilia przez parę dni w szaleństwie przygotowywał się na przybycie Ceausescu. Nawet choinki trzeba było pomalować na żywszy zielony kolor, bo takie, jakie były nie podobały się osobnikowi z partii. Bohaterka opowiada również, jak jej dziecko przynosiło a kaligrafii czwórki a nie piątki, jak dzieci rodziców należących do partii. Wraca do chwil, gdy była oddelegowana do malowania komunistycznych haseł na wielkich połaciach materiału oraz wspomina jak pracowano w Wielkanocną Niedzielę i nawet nie można było spokojnie zjeść wielkanocnego śniadania.

W książce na pewno odnajdziemy zarówno szczyptę ironii na temat zmian, jakie nastąpiły w Rumunii, jak i nostalgii za tym, co minęło. Ciekawe są rozmowy matki z córką na temat polityki i światopoglądu. Alice należy, bowiem już do pokolenia tych, którzy pragną, aby ich kraj rozwijał się na drodze demokratycznej wolności. Emilia chce podczas wyborów głosować na komunistów. Twardo broni swojego stanowiska i wychwala czasy komunistyczne, gdy dobrze zarabiała, dostała mieszkanie w bloku, mogła kupić telewizor i pralkę. Nie chce widzieć drugiego oblicza komunizmu. Gdy wszyscy palili legitymacje partyjne, ona schowała ją za obraz, bo a nuż i komunizm powróci.

Niezła rumuńska proza! Polecam!
recenzja na stronie: słowem malowane
20:42, montgomerry , Rumunia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 listopada 2009
rumuńskie kochanki

Wreszcie zabrałam się za peryferie literatury. Mój pierwszy przystanek to Rumunia, przewodnik Mircea Caertescu. Więcej na temat tego, gdzie dotarłam tutaj

14:47, peek-a-boo , Rumunia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 listopada 2009
Przodkowie Adama

Autorem książki jest pisarz urodzony w Rumunii, natomiast akcja powieści została umiejscowiona w Kenii, a ściślej rzecz ujmując w na kenijskiej sawannie. Przeczytanie tej książki w ramach projektu “Literatura na peryferiach” jest więc jak najbardziej na miejscu, pomimo, że Petru Popescu od roku 1977 mieszka w Kalifornii i pisze po angielsku.

Bohaterowie tej powieści to dwaj przyjaciele, Amerykanin Ken Lauder i Kenijczyk Ngili Ngiamena, świeżo upieczeni paleontolodzy po studiach, którzy na Dogilani, kenijskiej sawannie, znajdują ślady stóp nie należące ani do człowieka, ani do małpy. Podczas fotografowania znalezionych śladów przypadkowo odkrywają szkielet australopiteka i żywą roślinność z ery pliocenu. Odkrycie to może zmienić historię ewolucji człowieka i postawić na głowie wszystkie dotychczasowe wyobrażenia o istotach pierwotnych. “Gdyby tam żyła jakaś odmiana hominidów, oznaczałoby to, że na ziemi występuje więcej niż jeden gatunek ludzki” – rozważa Ken.

Ale to nie wszystko, po spotkaniu żyjącego współcześnie praczłowieka świat stanąłby na głowie. “Boże, po takim spotkaniu straciliby grunt pod nogami naukowcy i filozofowie, historycy i moraliści, księża, rabini i mułłowie, i politycy – zarówno ci wybrani w wolnych wyborach, jak i ci samozwańczy: faszyści po prawicy i lewicy.” Rzecz jasna, naukowiec, który ujawni takie rewelacje, zyska międzynarodową sławę i wysoką pozycję w naukowym świecie.

W tym momencie dla młodych paleontologów zaczynają się poważne kłopoty. Sytuację komplikuje zagmatwana sytuacja polityczna Kenii, w której ogłoszony zostaje stan wyjątkowy oraz całkowity zakaz prowadzenia badań archeologicznych przez cudzoziemców, bez specjalnych rządowych zezwoleń. Kolejną komplikację stanowi pozycja rodziny Ngiamena, aktywnie związanej z rządem Kenii. Ojciec Ngiliego, Simba, czuje, że jego pozycja w sferach rządowych słabnie, więc planuje przyszłość swojego syna w charakterze attache prasowego nowojorskiej misji Kenii przy ONZ.

Do tego wszystkiego na scenę wkracza Cyril Anderson, “próżny, egoistyczny i małostkowy”  karierowicz, który otrzymuje propozycję objęcia urzędu ministra stanu do spraw kultury i zabytków starożytności. Od niego zależeć będzie, które prace zagranicznych uczonych będą kontynuowane. Wojsko i policja szykują zamach stanu, a afrykańskie, rdzenne plemiona Kikuju, Meru, Embu i Masajów nie potrafią się zjednoczyć. Trudno sobie wyobrazić większy galimatias.

Ostatecznie na Dogilani wyrusza tylko Ken, zyskując nieoczekiwanego sojusznika w osobie Yinki, siostry Ngiliego, która wykorzystując swój wpływ na ojca i załatwia Amerykaninowi wszystko, co potrzebne na samotnej wyprawie w kenijskiej sawannie. Bardzo szybko Ken Lauder przekona się, że nieokiełznana przyroda, tropikalne choroby i dzikie zwierzęta, to nie jedyne niebezpieczeństwa, jakie napotka podczas wyprawy. Te największe czekają go bowiem ze strony cywilizowanego człowieka, a zupełnie nieoczekiwaną pomoc otrzyma od……. australopiteka. Od tego momentu przenosimy się wstecz o jakieś dwa miliony lat.

Przebywając na sawannie Ken przeżywa rzeczy, o jakich mu się wcześniej nie śniło. “Znajdował piękno we wszystkim, co widział i słyszał – niegdyś nazwałby to pięknem okrutnym, ale nie było tu ani okrucieństwa, ani dobroci, tylko utajony we wszystkim, absolutny i pozornie niedbały perfekcjonizm. (…) Czuł wdzięczność w stosunku do wszystkich stworzeń, żywych i martwych, nawet do trawy, którą zakrwawiły, stratowały lub zjadły. Stał się jak myśliwi z pierwotnych plemion, którzy zabiwszy ofiarę składali jej dziękczynienie i zachowywali rogi i kopyta w charakterze amuletów. Wszystko, co przeczytał o antropologii, wszystko, czego nauczył się o kulturach plemiennych, nabrało teraz sensu. Fetysze, uroki, pieśni myśliwskie, wierzenia i przesądy nabrały sensu i stały się częścią jego samego.”

Mniej więcej do połowy książka jest świetną i wciągającą przygodą z archeologią, paleontologią i sensacyjnymi odkryciami, jednak gdy z drugiego planu wyłania się postać Andersona, całość zaczyna odbiegać w zbyt kryminalne klimaty. Gdy sensacja zaczyna dominować nad archeologią, niepowtarzalny klimat książki psuje się. Mimo to narracja jest świetnie poprowadzona, a powtarzające się w niej naukowe terminy (pliocen, hominid, australopithecus robustus, brekcja, homo habilis, brachiacje) oraz potoczne zwroty suahili (um’tu, mzungu, itp.) uzupełniają klimat opowieści.

Książka jest świetną odskocznią od codzienności i  czyta się ją jednym tchem. Ale ostrzegam, powieść przenosi nas w świat praczłowieka sprzed kilku milionów lat ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jeśli hominid zabija zwierzę i je zjada na surowo, rozdzierając po kawałku, albo obgryza głowy robaków wydrapanych z ziemi, jeśli lew odgryza i połyka w całości głowę małego lwiątka, żeby zapewnić sobie dominację w stadzie i później tę głowę zwymiotuje - to sceny takie są przedstawione przez pisarza bez żadnej autocenzury i lepiej, żeby czytając te fragmenty nie być świeżo po jedzeniu.

Podczas lektury powoli jawi się myśl, że niekoniecznie określenie homo sapiens brzmi dumnie, a “ludzkość to pojęcie względne”. Popescu napisał jeszcze cztery powieści, nie omieszkam więc sprawdzić, która z nich została przetłumaczona na polski i jest dostępna w bibliotece. Na koniec uwaga pod adresem wydawcy: książka została wydrukowana bardzo drobną czcionką z minimalnymi odstępami między wierszami – moje oczy zniosły to fatalnie!!!

Petru Popescu - “Przodkowie Adama”, tytuł oryginału “Almost Adam”, Wydawnictwo Amber, Warszawa 1997, przekład Piotr Lewiński, okładka (zdjęcie wyżej) Frank Rich, ISBN 83-7169-376-1, objętość 456 stron.

Wpis zbloga Moje lektury (http://mojelektury.blogspot.com)

sobota, 10 października 2009
mircea eliade, "młodość stulatka"

łatwiej tą książeczkę eliadego przeczytać niż coś o niej napisać. trochę się jednak udało.

na recenzję zapraszam do siebie.

środa, 23 września 2009
"Młodość stulatka" Mircea Eliade
„Młodość stulatka” to niewielka powieść rumuńskiego indologa, religioznawcy i filozofa, Mircea Eliade. W Rumunii po raz pierwszy ukazała się w na łamach czasopisma „Revista Scriitorilor” w 1978 i 1979 roku. Jest historią 70-letniego sinologa, sfrustrowanego faktem, że nie zdołał opanować wszystkich języków orientalnych i niczego nie osiągnął. Pewnego dnia, dokładnie w Wielkanoc, raził go piorun. Wbrew oczekiwaniom, Dominik Matei nie tylko przeżył, ale także odmłodniał o 30 lat, zyskał fenomenalną pamięć i ogromną wiedzę.
poniedziałek, 27 lipca 2009
Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze - A. Veteranyi

 

Pierwsza powieść Aglaji Veteranyi wydana w 1999 roku jest kluczem do jej wnętrza, wrażliwości na ludzi, świat, ale może być też materiałem umożliwiającym badanie przyczyn jej samobójczej śmierci. Świat widziany oczyma dziecka, raczej już nastolatki, odkrywa ocenę rzeczywistości, chęć dociekania prawdy, logikę myślenia, wpływ rodziny i doświadczeń wyniesionych z Rumunii na marzenia, cele życiowe. (...)

 

 

 

Ciąg dalszy na blogu.

czwartek, 23 lipca 2009
"Nostalgia" - Mircea Cărtărescu

Odkryłam jedną z Wielkich Książek Mojego Życia! Zabrzmiało to lekko pompatycznie, ale tak jest. Aż dziwię się sama sobie, że pozwoliłam temu dziełu przeleżeć trzy lata na półce. Skończyłam lekturę "Nostalgii" kilka dni temu i nie mogę się otrząsnąć. Zresztą już podczas lektury musiałam niektóre fragmenty przerywać i odetchnąć. Oniryczne światy autor stworzył tak sugestywnie, tak barwnie i tchnął w nie taką porcję życia, że miałam wrażenie, iż wdzierają się one w moją podświadomość, wgryzają się w kości i wpływają do żył, by już na zawsze pozostać w mym krwiobiegu. I z pewnością tak się stało. Cărtărescu dołączył tą jedną jedyną książką do panteonu bliskich mi pisarzy, gdzie już urzędują Borges z Casaresem, Cortazar, Schulz, Mulisch i Christensen. Ubolewam, że z całkiem bogatego dorobku autora przetłumaczono na angielski tylko te opowiadania, pomijając kilka innych powieści i zbiorów opowiadań i sześć tomików poezji.

Recenzję kontynuuję na moim blogu.