sobota, 17 października 2009
Angela Carter “Magiczny sklep z zabawkami”

Po tragicznej śmierci rodziców piętnastoletnia Melania przenosi się z rodzeństwem do domu wuja Filipa, ekscentrycznego wytwórcy zabawek. Ale nowo poznany świat, mimo bajkowych dekoracji, nie jest światem niewinnym. W każdym kącie czają się tu niepewność i zagrożenie, poddając zwiewną jak muślin, wychowywaną dotąd w cieplarnianych warunkach nastolatkę przyśpieszonemu procesowi dojrzewania.
Powieść Carter urzeka niezwykłą urodą stylu, pełnego kwiecistych, barokowych metafor i szokuje ostrością widzenia rzeczywistości, choć ta nieustannie oscyluje na kartach książki między jawą a snem. (wp.pl)

Pierwsze moje spotkanie z tak wszędzie wychwalaną Angelą Carter. Nie zrobiła na mnie jakiegoś rewelacyjnie wspaniałego wrażenia, niemniej jednak książeczkę przeczytałam w dwa wieczory. Podobała mi się duszna i ponura atmosfera Londynu, podobał mi się mroczny i jednocześnie nieco magiczny klimat surowego domu wuja Filipa, do którego po śmierci rodziców trafia nastoletnia Melania wraz z rodzeństwem. Demoniczny, wiecznie niezadowolony, ordynarny i wulgarny wuj Filip, którego wszyscy się boją, który jest obleśny i brudny, i lekko mówiąc ma porypane w głowie, który prowadzi ciemny i klaustrofobiczny  sklepik z zabawkami – to postać mająca ogromny wpływ na wszystkich bohaterów książki. Nienawidzący wszystkich po kolei doprowadza do sytuacji prowadzących do  tragicznego końca. Cały obraz tej rodziny jest nieco dziwny i koślawy; kazirodztwo, szaleństwo, obłęd, nienawiść, brak pokory. Całe to ponuractwo i brud, zimne mieszkanie z zimną wodą, smród i paskudne jedzenie – to wszystko dodaje książce mroku a rzeczywistość jest aż nadto ostra. Melania, która przechodzi okres dojrzewania, odkrywa swoją seksualność i kobiecość, nie do końca odnajduje się w tym wstrętnym miejscu, gdzie nawet park nie sprzyja pocałunkom, a wręcz czyni je odrażającymi:

“Park trwał w przemoczonej samotności rozciągnięty bezwładnie, płasko na cuchnącym terenie, jak gdyby stracił przytomność. Zaniedbane drzewa gubiły wielkie konary, albo leżały przewrócone na ziemi korzeniami do góry. Niepielęgnowane zarośla i krzaki pleniły się bujnie przypominając otyłe dziewczęta, które zrzuciły gorsety i wciskały się wszędzie, tworząc pułapki wśród kolczastego poszycia”.

Wszyscy w tej rodzinie zgodnie twierdzą, że żyją w tzw domu wariatów, nie na darmo więc Melania gubi się i traci gdzieś dziewczęcą radość :

“wyobraziła sobie siebie stojącą na szkolnym globusie, który obraca się w ogromnej milczącej przestrzeni, i jeszcze raz poczuła, że balansuje na krawędzi szaleństwa”

15-letnia Melania rozumie, że każdy w tym domu żyje pod dyktando wuja tyrana, który swój sklepik z zabawkami niejako przenosi do życia rodzinnego, traktując osoby jak podległe mu marionetki, którymi można rządzić jak się chce. “Wydawało jej się, że jest nakręconą nauczoną porządku lalką, klekoczącą mechanicznie przy każdym zaprogramowanym ruchu”.

Melania żyje też w poczuciu winy. Uważa, że kiedyś niepotrzebnie założyła suknię ślubną matki i wyszła w niej nocą na dwór. Suknia się potargała, zniszczyła a Melania ledwo dotarła spowrotem do domu. Cały czas wydaje jej się, że przez to właśnie zginęli jej rodzice. Trafiając do domu wuja Filipa, musi odpokutować za swój czyn:

“Na dworze panował londyński poranek, nijaka pogoda, okrutnie monotonna, bez słońca ani deszczu – takie chłodne nic. Melania pomyślała, że w jej duszy też panuje taki klimat. Nie będzie już żadnych skrajności, nigdy. Nie lękajcie się spiekoty słońca i tak dalej. Znalazła się w czyśćcu i pozostanie w nim już przez resztę życia, o ile można nazwać życiem, coś co będzie się ciągnęło bez większej radości i straszliwej rozpaczy, bo Melania nie miała już siły ich znosić. A skończyła zaledwie piętnaście lat. Było to przerażające uczucie”.

 

Wracając jeszcze do początku książki, opis nocnego spaceru Melanii w sukni ślubnej matki, jest chyba wg mnie najlepiej skomponowaną emocjonalnie sceną, a opis nocy przepiękny:

“Noc. Melania wyszła w noc, a ona natychmiast zgasiła jej dzienne “ja” dwoma ciemnymi palcami. Kwiaty w ogrodzie pochylały kielichy z nieodgadnioną, nocną słodyczą, trawa zaś marszczyła się i szeptała cichym głosem, będącym niby skumulowana cisza. Panował taki spokój, jak gdyby nadszedł koniec świata. Melania była sama. W pancerzu z białego atłasu została ostatnia i jedyną kobietą na ziemi. Drżała z zachwytu nad głębokim, granatowym wysokim łukiem nieba. Taki okrągły księżyc Drzewa załadowane aż po linię wodną towarem lśniących ptaków. Zmoczone rosą źdźbła trawy lizały stopy niczym mokre języczki małych, przyjaznych zwierząt – za dnia trawa wydawała się dłuższa, bardziej czepliwa. Suknia ciągnęła się z tyłu, zostawiając za Melanią połyskliwy ślad. Nieruchome powietrze było cudownie czyste, ocienione gałęzie czy kwiaty rysowały się z mroczna precyzją, jak gdyby widziane przez wodę. Cicho, bezszelestnie stąpała w podwodnej nocy. Oddychała z drżeniem, ustami smakując czarne wino”.

Czy Melania wyzwoli się z tej “jaskini Sinobrodego” ? Polecam i chętnie sięgnę po “Mądre dzieci” A. Carter  którą mam na półce.

niedziela, 04 października 2009
Sarah Waters "The Little Stranger" (Ktoś we mnie)

Sarah Waters The Little Stranger Ktoś we mnie

Do ogłoszenia zwycięzcy tegorocznej nagrody Bookera zostały już tylko dwa dni. Myślę, że najnowsza książka Sary Waters "The Little Stranger" ma zdecydowanie większe szanse na zdobycie wyróżnienia niż recenzowany przeze mnie wcześniej "The Quickening Maze" Adama Fouldsa, pomimo tego że proza Fouldsa jest zdecydowanie ciekawsza i stylistycznie bardziej wyrafinowana.

"The Little Stranger" (polski tytuł to "Ktoś we mnie") to klasyczna w swej formie powieść, opowiadająca o losach podupadającej szlacheckiej rodziny tuż po drugiej wojnie światowej w hrabstwie Warwickshire (środkowa Anglia). Historię opowiada wielce zdroworozsądkowy lekarz, który zostaje przypadkowo uwikłany w tajemnicze i okropne w skutkach wydarzenia olbrzymiego, ale sypiącego się dworu rodziny Ayersów. Mamy zatem panią Ayers, wdowę, która żyje przeszłością, wspomnieniami o dawnych przyjęciach, towarzystwie, świetności domu i rodziny; dla której barbarzyństwem byłoby picie popołudniowej herbatki wcześniej niż o 16-stej. W wielkim dworze Hundreds Hall otoczonym ogromnym parkiem mieszka z dwójką dorosłych dzieci. Kulejący Roderick przeszedł piekło wojny, walcząc w oddziałach Royal Air Force. Po wojnie przechodzi przez innego rodzaju makabrę. Jest odpowiedzialny za utrzymanie rodziny i domu, co oznacza codzienną, samotną walkę o domowe finanse tak, by jego matka nie zorientowała się, jak zła jest ich kondycja. Siostra Rodericka Caroline jest niezbyt piękną, ale interesującą kobietą, która potrafi przejść wiele.

Tą rodzinę odwiedza miejscowy lekarz – doktor Faraday, który jest emocjonalnie przywiązany do Hundreds Hall, bo pamięta ten dom jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy jego matka pracowała tam jako pokojówka. Wkrótce jego miłość do miejsca nabierze jeszcze innego wymiaru, bo doktor zakocha się w jego mieszance – Caroline.

Na resztę recenzji zapraszam do Tygla.

 

Sarah Waters Ktoś we mnie Booker

Przy okazji: książka Sary Waters zostanie opublikowana w polskim przekładzie już w tym miesiącu przez wydawnictwo Prószyński i s-ka. Ukaże się pod tytułem "Ktoś we mnie".

tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska
Data publikacji 6 października 2009.

 

piątek, 07 sierpnia 2009
WIELKA BRYTANIA: "Isolarion" James Attlee

James Attlee Isolarion

"Isolarion" to opowieść o nietypowej pielgrzymce, bo odbytej przez zamakarki... jednej ulicy. James Attlee przemierza Cowley Road w Oksfordzie, najbardziej kolorową ulicę miasta, której mieszkańcy reprezentują pewnie połowę globu. Mniejszości etniczne, większości religijne,  studenci, artyści, pijacy to bohaterowie tej lokalnej podróży. Zresztą, czytając "Isolarion", podróżujemy też w czasie, odkywając te miejsca, które dziś zarośnięte są przez wiktoriańskie budynki a kiedyś miały uzdrawiające studnie i licznych pielgrzymów. Attlee zabiera nas w drogę wspólnie z jego ulubionymi pisarzami, między innymi z Robertem Burtonem,  autorem "Anatomii melancholii". Dla niego jak i dla Burtona pisanie ma być ucieczką od melancholijnych nastrojów. Zapewniam, że skuteczną. Tą książkę napisał bowiem racjonalny, zdrowy i ciekawy świata umysł.

Attlee jest szalenie konsekwentny. Uparł się, że będzie pisał tylko o Cowley Road, zwanej też czasem Niezależną Republiką Wschodniego Oksfordu i tego się trzyma do ostatnich stronic książki. O Oksfordzie napisano już wiele, tropiąc ekscentryzmy i intrygi wielowiekowej historii miasta, więc Attllee z premedytacją pozostaje na peryferiach.  Przyznam szczerze, że czytanie książek o miejscach dobrze mi znanych, nie sprawia mi już takiej radości. Bynajmniej ta książka nie sprawiła. To, co zwykle trzeba sobie wyobrazić, lądowało w głowie jako gotowy, dobrze zapamiętany z licznych spacerów obraz. Zresztą to nie jedyna rzecz, która zaprzątała mi myśli.

Attlee we wstępie wyjaśnia, że celem jego pielgrzymki przez Cowley Road jest złączeniem się na nowo z sąsiedztwem, z dzielnicą. W ramach tej deklaracji wędrujemy z autorem przez Cowley, zaczynając pod XVIII-wiecznego pubu Cape of Good Hope (Przylądek Dobrej Nadziei) znajdującego u podnóża pnącej się wolno w górę ulicy.

Odwiedzamy między innymi sklepik z wyrobami rękodzielniczymi z Brazylii "Galeria Brazilia", krawca, co szyje na modłę średniowieczną ubiory dla pracowników naukowych, kleru i sądu, targ rosyjskiej żywności, warzywniaki z produktami z Maroka czy Indii czy wreszcie sklep z pornografią. Cały ten misz-masz wypełniają rozmowy z właścicielami dotyczące charateru ulicy. I choć Attlee bardzo się stara tego uniknąć, to niestety czasami popada w banalność. Trudno mi  się temu dziwić, bo nawet jeżeli bardzo byśmy chcieli z kolorowej na zewnątrz ulicy uczynić wielce ciekawy temat, ona w środku może okazać się po prostu zwyczajna. Codzienne życie Jamajczyków, Pakistańczyków, Chińczyków czy Polaków w Cowley Road może przecież toczyć się takim samym miejskim rytmem.

Na dalszą część recenzji zapraszam do Tygla.